22-10-2017
25lecie Erotica

22-10-2017
Młode pokolenie słucha i ogląda Madonnę

15-10-2017
Darlene Lutz vs. Madonna

15-10-2017
Madonna już z wizą

14-10-2017
Limitowane Like a Virgin i Ray of Light






"Evita" - recenzja "Machina"



Od czasu pogrzebu Breżniewa nie było tak pompatycznego wydarzenia jak Evita, czyli ekranowa wersja rock opery Andrew Lloyda Webera i Tima Rice'a o Ewie Peron, żonie dyktatora Argentyny. Jest tu trzęsienie ziemi, kilka strajków i demonstracji, jedna wojenka i 85 kostiumów, w których Madonna pozuje nawet w trumnie. W 18 lat po premierze scenicznej, Evitę udało się przenieść ostatecznie na ekran Alanowi Parkerowi, choć wcześniej bez powodzenia próbowało tego kilku innych reżyserów. Jest to sukces ambicji osobistych reżysera, ale nie kina. Niemal od pierwszych scen film oszałamia rockowym rytmem obrazów i widowiskowością spektaklu. Madonna-Evita z roli plebejskiego pariasa w zawrotnym tempie awansuje - przez estradę taneczną, wybieg dla modelek i łóżko - na szczyty władzy i popularności. Robi to przekonująco, bo ma wiele wspólnego z bożyszczem argentyńskich tłumów, a przy tym nie musi nadużywać słów. Gdyby się ograniczyć do tej części i nieco ją skrócić, byłby to najlepszy teledysk gwiazdy. Parker i spółka, w skład której wschodzi Oliver Stone jako współscenarzysta, brną jednak dalej ze znacznie mniejszym powodzeniem. Obrazy miotanych po ekranie statystów stają się nużące, a rola Madonny zaczyna się sprowadzać do szpanowania na tle robotniczych demonstrantów, żołnierzy lub zgrzytających zębami kapitalistów. Miarą klęski artystycznej Parkera jest to, że fenomen ubóstwienia Evity przez masy jest niezrozumiały: tak samo w otwierającej scenie, w której na wieść o jej śmierci rozpaczają widzowie w argentyńskim kinie, jak w finale, w którym do jej trumny ustawiają się kolejki. Pod szykownymi żakietami idola filmowcy odkrywają zadziwiająco niewiele.
Z polskiego punktu widzenia tło polityczne fabuły jest mocno egzotyczne - w Argentynie za Perona krwawo tłumiono demonstracje i strajki, ludzi mordowało się albo pakowało do więzień bez większych ceregieli. A w Evicie pokazuje się nam to wszystko w tonacji operetkowych śpiewów i tańców. To tak, jakby nakręcić musical osadzony w realiach stanu wojennego z dużymi partiami wokalnymi i tanecznymi Jaruzelskiego i Kiszczaka. Tylko kto miałby być polską Evitą?!

źrodło: "Machina"
Andrzej Zwaniecki